ISSN 1505-6058

NR 33 GRUDZIEŃ 2006 R.

CENA 1 ZŁ





 

 

JAK DRZEWIEJ ŚWIĘTOWANO....

Świętom Bożego Narodzenia towarzyszy bardzo bogata i posiadająca długą historię obrzędowość. Dlatego zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, przenieśmy się do minionych stuleci, żeby zobaczyć jak świętowano wówczas na Zamojszczyźnie „godnie święta” (w języku starosłowiańskim „god” oznaczał porę, czas, rok), bo tak właśnie je najczęściej nazywano. 

W Wigilię Bożego Narodzenia od wczesnych godzin rannych we wszystkich wiejskich chałupach, dworkach i rezydencjach magnackich trwał wielki pośpiech. Strojono odpowiednio izbę i przygotowywano wieczerzę wigilijną. Na powale izby wieszano pająki wykonane ze słomy, bibuły, fasoli i szczeciny zwierząt, sklejonej woskiem. W Nowosiółkach, Telatynie i Ulhówku wieszano tzw. światy, czyli gwiazdki wycinane z opłatków. Do innych świątecznych dekoracji należały wycinanki z błyszczącego kolorowego papieru, przylepiane do ścian przy pomocy ciasta. Ramy obrazów zdobiono kolorowymi paskami i gałązkami jodły. Ludność pochodzenia ruskiego z okolic Tomaszowa Lubelskiego naklejała na ścianach, pod obrazami, gwiazdki wycięte z kolorowego papieru, a za ramy okien wkładała krzyże wykonane ze słomy. Niekiedy do ram obrazów przymocowywano tzw. gołębie, wykonane z wydmuszek z jaj i kolorowej bibuły. Popularne obecnie choinki pojawiły się na naszym trenie niewiele więcej niż sto lat temu. Ubierano je łańcuchami z białej bibuły i ciętych słomek, pajacami wykonanymi z wydmuchanych skorup jaj i koszyczkami z papieru. Na szczycie wieszano gwiazdę, na gałązkach jabłka, orzechy i własnego wypieku ciastka.

W Wigilię zarówno dzieci, jak i dorosłych, obowiązywał ścisły post. Jedynym posiłkiem była wieczerza wigilijna zwana pośnikiem, wiliją, kolędą lub postnikiem. Liczba potraw była ustalona. Wg „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunta Glogera „wieczerza wigilijna u ludu składała się zwykle z potraw 7-miu, szlachecka z 9-u, pańska 11-tu”. Gdyby ktoś nie skosztował jakiejś potrawy, to mogłoby jej zabraknąć na stole w przyszłym roku. Przed pierwszą wojną światową w niektórych miejscowościach przygotowywano dwanaście dań na pamiątkę dwunastu Apostołów. Potrawy gotowano ze wszystkich roślin rosnących na polach, dla zapewnienia sobie ich urodzaju w nowym roku. 

Najpospolitszymi daniami wigilijnymi były: barszcz z mąki żytniej lub owsianej; barszcz z buraków; groch fasola, grzyby, kartofle, kasza jęczmienna (tzw. pęcak), jaglana i gryczana (zwana reczaną, tatarczaną, tatarką, grycianą lub hreczaną); pierogi z kapustą grzybami, kaszą, jabłkami, śliwkami; kluski z makiem. Do najważniejszych potraw wigilijnych należała kutia, przyrządzana z pęczaku (tzw. perlaku), pszenicy albo jęczmienia. Z ziarna obtłukiwano łuskę w drewnianej stępie, moczono w wodzie, gotowano, doprawiano makiem utartym w donicy, słodzono miodem lub cukrem. Z mąki owsianej sporządzano kisiel, a z mąki gryczanej napój musujący (przy pomocy ciasta chlebowego tzw. zakwasku), zwany sołoduchą. Podawano także śledzie i ryby.

W Wigilię obowiązywało wiele nakazów i zakazów. Wszystkie czynności należało wykonywać z radością i dobrym nastroju, nie należało się kłócić i bić dzieci, by nie były bite przez cały rok. Nie wolno było pożyczać od nikogo pieniędzy, żeby w następnym roku nie było biedy. Wszelkie długi należało uregulować przed Wigilią. Na stole wigilijnym pod sianem kładziono pieniądze, aby zapewnić ich dostatek w następnym roku. Niechętnie widziano kobiety odwiedzające cudze domy, bo miały przynosić nieszczęście, natomiast mile byli widziani mężczyźni, bo zwiastowali pomyślność. Największą przykrość robiło się sąsiadowi, gdy „podsyłało” mu się w tym dniu jakąś kobietę...

Przed rozpoczęciem wieczerzy wigilijnej gospodarz przynosił do izby snop żyta lub owsa i pszenicy, w niektórych stronach cztery snopy (żyta, owsa, pszenicy i jęczmienia), pozdrawiając domowników: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Daj Boże szczęście, zdrowie, żebyśmy doczekali roku przyszłego” i rzucał kłosy po izbie (w okolicach Tereszpola) lub „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Winszuję wam zdrowia, chleba w chałupi i wszystkiego dobrego z Wilijo. Żebyście zdrowe dóczykali następnyj” (okolice Skierbieszowa). Snop nosił nazwę: król, trzy króle, dziad, kolędnik, baba. Umieszczano go w głównym kącie izby, za łóżkiem, ewentualnie w czterech kątach, jeśli były cztery snopy. Stały tam do Uroczystości Trzech Króli, niekiedy tylko do Nowego Roku, rzadziej do św. Szczepana lub św. Jana Ewangelisty. Ziarno ze snopa dodawano do ziarna siewnego, część słomy, pociętej na sieczkę dawano koniom, a z drugiej części robiono powrósła, którymi przewiązywano drzewa owocowe. 

Oprócz snopa zboża, gospodarz przynosił do izby także słomę, którą rozścielano na podłodze lub klepisku, zatykano za obrazy, sprzęty domowe, aby mieszkanie upodobnić do betlejemskiej stajenki. Słoma leżała do św. Szczepana, czasem do Nowego Roku. Wynoszono ją do obory dla zwierząt i kurom do gniazda, robiono z niej także powrósła, którymi obwiązywano drzewa owocowe. Przynoszono także siano lub koniczynę. Kładziono je pod stołem i obrusem. Zdarzał się też zwyczaj rozścielania siana na stole i przykrywania go płachtą, z której na wiosnę wysiewano zboże, a następnie białym obrusem, oraz pod stołem. W okolicach Biłgoraja siano kładziono na dzieży do zaczyniania ciasta, na której spożywano wieczerzę. Na stole kładziono chleb i opłatek, a w okolicach Biłgoraja, dodatkowo czosnek i miód, a także kolędę dla bydła, składającą się z chleba, siana i kolorowego opłatka.

Do wieczerzy przystępowano z chwilą pojawienia się pierwszej gwiazdki na niebie. Rozpoczynano ją odmówieniem pacierza, wspomnieniem zmarłych, chwilą ciszy. Zapalano świecę i stawiano na stole, aby cały rok było jasno. Następnie najstarszy członek rodziny składał pozostałym życzenia: „Daj Boże szczęście, zdrowie z wiliją”, lub „Daj nam Boże starego roku dożyć, nowego doczekać, abyśmy byli zdrowi, weseli jak w niebie anieli” (Wierzchowiska, Polichna); „Dzielim się dzielim, Chlebem Anielskim, abyśmy byli w Królestwie Niebieskim. Ni życze ci piniędzy, ni fortuny, ale w niebie nibieski korony”. Na to życzenie odpowiadało się „Daj nam Boże”. Dzieci całowały rodziców i dziadków w ręce (Skierbieszów, Zawada). Dziewiętnastowieczny etnograf, Oskar Kolberg, w dziele „Lud, jego zwyczaje...”, w tomie 16 wydanym w 1883 r. przytacza informacje o okolicach Zamościa: „Przy łamaniu się wzajemnem opłatkiem w czasie wilii, życzą sobie włościanie (dosiego roku) czyli (do siwego wieku). Dosia miała to być kobieta Dorota (!), która żyła lat stokilkadziesiąt i miała nietylko rześką starość, ale i humor zawsze wesoły; a gdzie to było, niema pewności” (s. 101). Następnie łamano się opłatkiem. W okolicach Biłgoraja opłatek spożywano z miodem i czosnkiem lub makiem.

Wieczerzę spożywano z jednej miski, potrawy płynne drewnianymi łyżkami, inne - palcami. Dorośli siedzieli na taboretach, a dzieci stały. W okolicach Biłgoraja, gdzie wieczerzę spożywano na dzieży, dorośli siedzieli na małych stołeczkach, a dzieci na słomie rozesłanej na klepisku. Pierwszą potrawą była kutia. M.in. W okolicach Krasnobrodu był zwyczaj, że gospodarz rzucał łyżkę kutii na powałę. Liczba ziarenek do niej przylepionych zapowiadała ilość kop pszenicy na polu w przyszłym roku. Natomiast panny i kawalerowie wychodzili z łyżką kutii przed dom, nadsłuchując z której strony pies zaszczeka, by dowiedzieć się skąd przyjdzie przyszły mąż lub żona. Później jedzono inne potrawy, uważając, by nie kłaść nawet na moment łyżek do góry dnem, bo to byłoby zapowiedzią głodu, który często gościł wtedy w domach włościańskich, zwłaszcza na przednówku i dlatego bardzo się go obawiano. Podane potrawy jadło się w milczeniu, powoli, ostrożnie, by nie opuścić żadnej kruszyny. Cytowany już Oskar Kolberg pisze o naszych stronach: „Po spożyciu Jej [wieczerzy – C.G.], wstaje gospodarz, zbiera szczątki barszczu, kapusty, grochu, gruszek gotowanych i śliwek, grzybów, klusków z makiem, kuci, słowem co tylko było na stole, zlewa na jedną miskę lub donicę, drobi do tego chleb i sypie sól, niesie do obory, i każde bydle rogate szczątkami uczty po trosze obdziela, jak gdyby dla tego, ażeby mu Bóg Błogosławił jego dobytek” (s. 101).

Kolędy nie dostawały konie i świnie, bo według opisu ewangelicznego, ich przedstawicieli nie było przy narodzeniu Pana Jezusa. „Wnoszą włościanie, iż - czytamy dalej - kiedy bydło a szczególniej woły, gospodarz nakarmi szczątkami zebranemi po uczcie z wieczerzy w wigilią Bożego Narodzenia, tedy one w północ zyskują mowę ludzką i przyszłość gospodarza przepowiedzieć mogą. Opowiadają, że pewnego razu ciekawy gospodarz chciał się dowiedzieć swojej przyszłości; nakarmił szczątkami wieczerzy i położył się w żłobie dla podsłuchania ich mowy. Wtem jeden wół się odezwał: (Leż gospodarzu w żłobie, a wkrótce będzie po tobie). Jakoż gospodarz ten niezadługo życie zakończył” (s. 101). Niekiedy po wieczerzy gospodarz w towarzystwie drugiej osoby szedł z siekierą do sadu. Podchodził do każdego drzewa, zamierzał się siekierą i pytał: „Będziesz rodzić? Bo jak nie, to cię zetnę!”. Towarzysząca mu osoba w imieniu drzewa zapewniała: „Będe!”. Miało to zapewnić urodzaj owoców (Sitaniec).

Po wieczerzy wiązano wszystkie łyżki razem, a to w tym celu, żeby w lecie dzieciom nie gubiły się krowy na pastwisku. Uczestnicy wieczerzy śpiewali kolędy i pastorałki. Dzieci baraszkowały na słomie. Kawalerka udawała się na figle i psoty do zagród, w których mieszkały panny na wydaniu. Tam młodzi ludzie wynosili na dachy narzędzia rolnicze, koła i drabiny od wozów, a nawet całe furmanki, które rozbierali na części na ziemi, by je złożyć w całość na dachu chlewa lub stodoły, zatykali wyloty kominów, rozrzucali po podwórzu nagromadzone na zimę drewno. W niektórych miejscowościach (Polichna) ścielono od domu kawalera do domu jego panny chodnik ze słomy, który był zwiastunem rychłego wesela. W okolicach Biłgoraja młode dziewczęta chodziły po tzw. kurkach. Podchodziły do okien sąsiadów i pytały: „Czy niosą się wam kurki?”. Kiedy otrzymywały odpowiedź twierdzącą, wtedy krzyczały: „Niech się wam niosą od wiosny do jesieni i niech się wam Anielka ożeni”. W domach arystokracji, szlachty i zamożnych chłopów, panie domu dawały „kolędę” parobkom i „dobrze prowadzącym się dziewczętom na wsi” (Gloger, Encyklopedia), czyli świąteczne podarunki. O północy wszyscy udawali się ze śpiewem kolęd do kościoła na pasterkę, wstępując po drodze na cmentarz, aby się pomodlić za zmarłych, podzielić się z nimi opłatkiem, zakopując go na mogile i zapalić świece.

Boże Narodzenie było uważane za największe święto w roku. Rano udawano się do kościoła, a później spędzano je w gronie rodzinnym. Starano się jak najmniej wykonywać prac, nawet tych niezbędnych. Nie kładziono się też spać, żeby nie przesypiać świąt, na które czekano przez cały Adwent oraz, by gospodarzowi przed żniwami nie wyległo zboże, a gospodyni len (Aleksandrów). W dniu świętego Szczepana już o świcie wynoszono słomę i zamiatano podłogę. W kościele święcono owies, którym wierni obsypywali księdza i nawzajem siebie, na pamiątkę ukamienowania patrona tego dnia. 

W tym dniu dokonywano też aktu przedłużenia umowy o pracę ze służbę, co odbywało się to według specjalnego obrzędu, który podaje Oskar Kolberg: „W niektórych wsiach (jak np. Deszkowicach pod Szczebrzeszynem) w dzień św. Szczepana na wieczerzę gospodyni gotuje barszcz doskonały z mięsiwem, nalewa na miskę i stawia na stół. Gospodarz pierwszy bierze łyżkę i wzywa czeladkę do jadła mówiąc: (pożywajmy co Bóg dał) - a kto natenczas z czeladzi nie przystępuje do miski i łyżki nie bierze, albo jeśli natenczas uszedł z chałupy, to znaczy (dał znak): iż na rok przyszły służyć już nie będzie. Ale ani gospodarz, ani parobek lub dziewka natenczas żadnej wymówki sobie nie czynią; w milczeniu przeto następuje zerwanie stosunków z gospodarzem. Wtenczas to ciekawi sąsiedzi dowiadują się, kto nie jadł barszczu, i do siebie już takiego namawiają” (s. 102-103). Czasami parobcy, którzy mieli opuścić służbę śpiewali przed mieszkaniem gospodarza: „A dajże, daj gospodarzu, co mi masz dać, bo ja na drugi roczek nie będę u cię stać. A dajże mi gospodarzu kolędę, bo ja na drugi roczek nie będę” (Andrzejówka). 

W okresie Bożego Narodzenia chodzono po kolędzie z żywymi zwierzętami: koniem, byczkiem, owcą, baranem. I tak np. W Aleksandrowie k. Biłgoraja gospodarz wprowadzał do izby konia i prosiaka, a w Dąbrowicy konia i psa. Do kolędowania wybierano zwierzęta dorodne, ozdabiano je kolorowymi wstążkami i sztucznymi kwiatami. Po wejściu do izby, kolędnicy składali życzenia: „Na szczęście, na zdrowie, ze świętym Szczepanem”. Gospodyni odpowiadała: „Daj Boże ten rok sprowadzić i byśmy do drugiego doczekali” (Andrzejówka). Załatwienie przez zwierzę potrzeb fizjologicznych w chałupie było znakiem pomyślności w następnym roku. Nawiasem mówiąc, nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo w domach chłopskich najczęściej pomieszczenia dla ludzi i zwierząt znajdowały się pod jedną strzechą, a widok zwierzęcych odpadów w mieszkaniu był czymś naturalnym. Poza tym, kolędnicy chodzili także z maszkarami przedstawiającymi najczęściej kozę oraz z gwiazdą. Pomimo powszechnej biedy, wszyscy gospodarze starali się wynagrodzić kolędnikom ich dobre życzenia kilkoma kopiejkami, plackiem, jajkiem, słoniną, mąką itp. 

W święto Trzech Króli chodzono także za szczodrokami, czyli specjalnie na tę okazję wypiekanymi rogalami z razowej mąki. Ten prastary zwyczaj tłumaczono tym, że kiedy Trzej Królowie wędrowali do Betlejem, zabrakło im żywności. Wobec tego szli od wioski do wioski śpiewając pieśni i prosząc o wsparcie, a szczodrzy mieszkańcy dawali im pożywienie. Natomiast na dworach „w dzień święta Trzech-króli, - pisze Oskar Kolberg - słudzy dworscy pokojowi, dla dostania poczestnego na piwo od pana, zastawiają stołem drzwi wchodowe z pokojów do sieni, na który to stół nakładają chleba. Poczem wywołują pana za jakiem interesem do sieni. A gdy tenże do drzwi zastawionych przyjdzie, kłaniając się, winszują mu święta i życzą, aby się go chleb trzymał tak, jak na tym stole, i nie odstawią stołu ode drzwi, dopóki się im Pan nie wykupi. Ten zwyczaj upowszechniony jest na Mazurach, a bardziej jeszcze na Rusi zamojskiej, koło Janowa ordynackiego (pod Frampolem, Gorajem i.t.d. (s. 112).

Niektóre z zaprezentowanych zwyczajów Bożonarodzeniowych bezpowrotnie zanikły. Inne giną na naszych oczach. Warto wobec tego postawić nie tylko pytanie co z nich pozostało po upływie jednego wieku, ale także czym zostały zastąpione i co my ludzie progu trzeciego tysiąclecia przekażemy w tym względzie następnym pokoleniom? Na zakończenie proszę łaskawych Czytelników o przyjęcie jednego ze staropolskich życzeń: „dosiego roku”.

Ks. Czesław Galek

 

 

 

Wydawca - Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Zamościu, ul.Akademicka 4, tel. 084 677-67-16.
Redakcja - Małgorzata Bzówka (redaktor naczelny),
stali współpracownicy - Joanna Giruć, Katarzyna Kimak, Bogdan Kawałko, Mieczysław Kowerski, 
Anna Krupa, Władysław Molas, Zofia Kiełbińska-Ryń.