ISSN 1505-6058

NR 30 MARZEC 2006 R.

CENA 1 ZŁ

 




Delagcja zamojskiej rodziny katyńskiej dekoruje Krzyż Katyński Krzyżem Virtuti Militari
fot. arch. JS




Historia

DRAMATYCZNE POŻEGNANIE

Po raz ostatni widział ojca jako ośmioletni malec. Dzisiaj 64–letniemu Januszowi Skwarkowi pozostało po nim zaledwie kilka zdjęć, jakieś strzępy pożółkłych dokumentów i mgliste wspomnienia. Zwątpienie i nadzieja przeplatały się przez długie lata poszukiwań. Kiedy wreszcie ujawniono listę jeńców wojennych, więzionych przez Sowietów w Ostaszkowie, wśród wielu nazwisk – niestety było również nazwisko jego ojca.

Pamiątek po Janie Skwarku, ojcu pana Janusza zachowało się niewiele. Z prywatnego archiwum nie ocalało prawie nic. Jan Skwarek dość skrupulatnie dokumentował swoje życie. Odziedziczył to po nim również Janusz. Ten nawyk pomaga mu w pracy historyka. Były – jak pamięta Jan - w archiwum ojca pamiątki z czasów legionowych, późniejsze z okresu służby w przedwojennej policji, odznaczenia, przeróżne dokumenty i zdjęcia. Niemal wszystkie w czasie okupacji zniszczyła żona Jana, a matka Janusza. Chciała w ten sposób uchronić siebie i troje dzieci przed konsekwencjami, jakie mogły nastąpić w przypadku, gdyby domowe archiwum męża wpadło w niepowołane ręce.

Na pozostałych kilku pożółkłych fotografiach widnieje postać umundurowanego policjanta. Na pokrytych sepią zdjęciach najjaśniej błyszczą guziki munduru i oczy. Starszy posterunkowy Jan Skwarek rozpoczął pracę jako komendant posterunku w Biszczy. W kwietniu 1926 roku przeniesiono go do Księżpola, a w niecały rok przed wybuchem wojny Skwarkowie sprowadzili się do Zamościa. Dorastające dzieci trzeba było posłać do szkoły.

Kilka dni po wybuchu wojny Jan Skwarek wywiózł żonę wraz z dziećmi do Skierbieszowa. Szukał miejsca, w którym będą bezpieczni. Sądził, że Zamość – jako większy ośrodek miejski - będzie bardziej narażony na bombardowania.

- Jednak trafiliśmy z przysłowiowego deszczu pod rynnę. Gdy do Skierbieszowa zbliżały się działania wojenne, to po obydwu stronach rzeki przecinającej Skierbieszów ostrzeliwały się artylerie polska i hitlerowska. Pociski świstały nam nad głowami – opowiada Janusz Skwarek.

Ostatnie spotkanie z ojcem trwało pół godziny. Ktoś w Skierbieszowie dał znać, że policja z Zamościa ewakuuje się autobusami. Całą rodziną pobiegli, aby spotkać się z ojcem. Dostrzegł ich i wyszedł jakieś dwadzieścia metrów przed autobusy.

- Mocno zapadło mi w pamięci to przywitanie i zarazem pożegnanie. Jak fotografia tkwi we mnie od tych ponad 54 lat. Najdokładniej pamiętam, że dostałem wtedy spazmatycznego płaczu. Jakbym jedyny w rodzinie przeczuwał, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Mocno uczepiłem się nóg ojca. Po chwili pożegnania się z nami, ojciec odszedł w stronę autobusu – wspomina Janusz Skwarek.

Policja państwowa w czasie wojny miała uzupełnić skład sił zbrojnych. Jednak jednostek nie zmilitaryzowano w porę i korpus policyjny rozproszył się na wielu szlakach podczas ewakuacji we wrześniu 1939 roku.

13 września 1939 r. z Zamościa ewakuowała się kompania policjantów złożona z zamojskich posterunkowych i policjantów z terenów położonych na zachód od Zamościa. Do wrót miasta zbliżały się niemieckie czołgi. Autobusy z ewakuującymi się policjantami wyjechały w kierunku Skierbieszowa. Na leśnej drodze w tej miejscowości urządzono krótki postój. Prawdopodobnie wówczas doszło do spotkania Jana Skwarka z rodziną. Dalsza droga ewakuacji nie jest znana. Tam urywa się wszelki ślad.

Kilku policjantom udało się wrócić jeszcze przed pojmaniem przez Sowietów. Przedostali się z powrotem w cywilnych ubraniach.
- Ojciec – jak mi później powiedzieli – nie chciał za nic złożyć munduru. Nie należał do ludzi, którzy sądzili, że to rzeczywiście koniec – opowiada syn Jana Skwarka.

Okres okupacji i pierwsze lata powojenne wryły się w pamięć pana Janusza Skwarka jako te najcięższe. Matka trojga małych dzieci, w tym i pana Janusza, musiała szybko przejść przez kolejną ciężką szkołę życia. Przed wojną jako żona urzędnika państwowego nie pracowała. Zarobki męża z powodzeniem wystarczały na potrzeby rodziny. Jednak okupacja i wojenna zawierucha przewróciły to wszystko do góry nogami. Całą rodziną chodzili w pole, aby innym pomagać zbierać groch i zboże. Aby przeżyć, na początku sprzedawali z domu co cenniejsze rzeczy. Później wszystko, za co można było zarobić na jedzenie. Mama chodziła na wieś, skąd przynosiła mleko, śmietanę, masło. Później sprzedawała to sąsiadkom.

Po wyzwoleniu zajęli się handlem. Jednak w raczkującej Polsce Ludowej szybko rozprawiono się z handlem prywatnym. Ich mały sklepik także nie wytrzymał naporu domiarów. Podatek skutecznie wyłożył większość sklepów prywatnych działających wówczas w Zamościu.

- Wówczas życie było wyjątkowo beznadziejne. Brat podjął studia, siostra wyszła za mąż, ja nieco później rozpocząłem studia w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, bo z takim życiorysem nie bardzo można było pchać się na uniwersytety państwowe. Po wielu wyrzeczeniach ze strony mojej rodziny i mojej własnej, ukończyłem studia historyczne. Był to najcięższy okres w moim życiu – podkreśla Janusz Skwarek.

Jeszcze kilka lat po zakończeniu wojny liczono w rodzinie Skwarków, że może ojciec wróci do domu. Ale kiedy w 1943 roku na zamojskich murach pojawiły się ogłoszenia wywieszone przez Niemców, mówiące o sowieckim mordzie na Polakach w Katyniu, dopuszczano coraz częściej myśl, że Jan Skwarek mógł również zginąć w lesie katyńskim od kuli NKWD. Nie wykluczono także możliwości, że przedostał się na Zachód. Byli nawet tacy, którzy informowali Skwarków, że widzieli Jana w Londynie. Dowodów jednak zawsze brakowało.

- Coraz bardziej przemawiała do nas wersja katyńska. Mama kilkakrotnie starała się przez Ambasadę Polską w Rosji uzyskać informacje o tym, czy tato nie przebywa lub nie przebywał w tym kraju. Zawsze odpowiadano, że nic nie wiadomo o takim zaginionym – snuje swoją opowieść Janusz Skwarek.

Kiedy w naszym kraju bez obawy można było wymienić nazwę Katyń i pojawiły się pierwsze książki na ten temat, a rozgłośnie – głównie polskojęzyczne nadające z Zachodu – ujawniły, że obok Katynia są jeszcze inne miejsca kaźni zgotowanej polskim żołnierzom i policjantom oraz inteligencji przez bojowców z NKWD, Skwarkowie po raz kolejny podjęli próbę poszukiwań.

Ostatecznie wątpliwości Skwarków rozwiały się, kiedy opublikowano tzw. listy katyńskie. Na jednej z nich figurowały dane Jana Skwarka. Dodatkowym potwierdzeniem była odpowiedź otrzymana z PCK o treści:
„Skwarek Jan, przebywający w obozie dla jeńców wojennych w Ostaszkowie figuruje na wykazie sporządzonym przez NKWD w Moskwie dn. 13.04.1940 r. należy przyjąć, że Jan Skwarek s. Michała został zamordowany w 1940 roku”.

Obóz jeniecki w Ostaszkowie był najgorszym. Urządzono go na wyspie, którą miejscowa ludność nazwała „diabelską”. Pierwsi jeńcy z września 1939 roku trafili tu w październiku tegoż roku. Likwidację tego obozu rozpoczęło NKWD w kwietniu 1940 roku. Transporty telefonicznie kompletowane w Moskwie trafiały do Kalinina. Tam jeńców rozstrzeliwano i ich zwłoki chowano w ośrodku NKWD w Miednoje. Na takiej liście wywózkowej z „Diabelskiej Wyspy” było nazwisko starszego posterunkowego Jana Skwarka.

- Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie przypuszczałem, że poznam okoliczności, w jakich zginął mój ojciec – kończy swoją opowieść Janusz Skwarek.

Mariusz Parol
Kronika Tygodnia z 11 kwietnia 1995 r.

 

Wydawca - Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Zamościu, ul.Akademicka 4, tel.63-82-630.
Redakcja - Małgorzata Bzówka (redaktor naczelny),
stali współpracownicy - Joanna Giruć, Katarzyna Kimak, Bogdan Kawałko, Mieczysław Kowerski, 
Anna Krupa, Władysław Molas, Zofia Kiełbińska-Ryń.