ISSN 1505-6058

NR 29 GRUDZIEŃ 2005 R.

CENA 1 ZŁ

 





Hej kolęda kolęda

WIGILIJNE WSPOMNIENIA

Atmosfera Świąt Bożego Narodzenia skłania nas, szczególnie nieco starszych wiekiem, do wspomnień. Pamięcią wracamy do lat minionych, szczególnie do dzieciństwa, przypominając sobie radośnie przeżyte święta w gronie ludzi nam drogich.

Tej atmosferze wspomnień uległ swego czasu także Bolesław Prus (Aleksander Głowacki), urodzony w 1847 r. w Hrubieszowie, który w kontaktach z ludźmi był człowiekiem bardzo skrytym, mało wylewnym, żeby nie powiedzieć wprost zamkniętym. Stąd jego wypowiedzi o sprawach osobistych należą do rzadkości i dlatego skwapliwie są wychwytywane przez badaczy zajmujących się jego bogatą spuścizną pisarską. Wpływ na taką postawę pisarza miały niewątpliwie trudne dzieciństwo i młodość, związana z czynnym jego udziałem w powstaniu styczniowym. Gdy miał niecałe trzy lata, zmarła mu matka, ojciec zupełnie nie interesował się dziećmi. Wychowywał się u krewnych w Puławach i Lublinie.

Do takich osobistych epizodów z własnego życia, Prus nawiązuje w kronice z 29 grudnia 1879 r., w której snuje refleksje na temat Wigilii Bożego Narodzenia. Autor uważa, że ludzie jemu współcześni zatracili wrażliwość na jej urok i piękno kolęd. "Sądząc po sobie, uważam - pisze - że od kilkunastu lat niektóre komórki serc naszych zeschły się, jeżeli nie zniknęły zupełnie. Obcy mogliby nie wierzyć, a jednak prawdą jest, że onego czasu (gwiazdka), (choinka), - i - (opłatek) budziły w nas jakieś spokojne, lecz wyraźne i oryginalne uczucia, których dziś nawet przypomnieć sobie nie możemy". Opowiada o Wigilii z 1856 r. u babci w Puławach. Miał wtedy 9 lat, był wtedy uczniem pierwszej klasy szkoły elementarnej w Lublinie. Pisze, że ta "wigilia zapowiadała się źle, prawie tak źle jak w czasach dzisiejszych". Złożyło się na to kilka przyczyn: Aleksander wytarzał w śniegu dwie swoje krewniaczki, za co został mocno skarcony przez dorosłych; w kuchni nastąpiła jakaś awaria, powodując zrozumiałą nerwowość wśród domowników; jego starszy brat Leon, studiujący na Uniwersytecie Kijowskim, miał przyjechać dopiero w dzień Bożego Narodzenia, przy stole miała zasiąść nieparzysta liczba osób, co uważano za rzecz źle wróżącą na przyszłość. Wszyscy byli podenerwowani i do siebie źle ustosunkowani, a babka - pisze Prus z właściwym sobie humorem - "poczęła myśleć o życiu wiecznym, które o ile przypominam sobie, nie miało dla niej zbyt wielkiego powabu. I nie dziw. Chciała jeszcze wnuków pożenić, dopiero potem - niechby Pan zabrał sługę swoją!".

Podczas łamania się opłatkiem i w czasie spożywania wieczerzy nastroje były bardzo minorowe: "Starsi wyglądali jak puchacze, dzieci jak sowięta. Po dwu zupach byliśmy już syci, pomimo herbownych żołądków". Taki nastrój zapewne panowałby przez cały wieczór, gdyby nie zupełnie nie oczekiwany przyjazd Leona, który diametralnie zmienił atmosferę tego wieczora: "Następuje sto pocałunków. Babka ma wyborny humor i ani myśli o wieczności. Powaśnieni krewni mają wyborny humor, ponieważ niechcący ucałowali się serdecznie przy powitaniu gościa. Dzieci też mają wyborny humor, ponieważ widzą ogólną wesołość. Źle zaczęta Wigilia skończyła się cudownie". Uczestnicy wieczerzy pogodzili się ze sobą i zaczęli śpiewać jednym wielkim chórem kolędy. (Uszczypliwie dodaje, że: "dzikie to były obyczaje!" - oczywiście dla jego współczesnych, którzy przy Wigilii kolęd już nie śpiewali). Najgłośniej śpiewał student Leon, "co przy dniu powszednim był po trosze niedowiarkiem, ale wigilijne obrządki z całą skrupulatnością wypełniał. Powiem nawet za dwu pobożnych". (Takich "Leonów" zapewne nie brakuje, i zapewne nie tylko wśród studentów, także i w naszych czasach!). Wszyscy zrozumieli, że jest wiele powodów do radości: spotkanie się rodziny po długiej rozłące, babcia staruszka odzyskała chęci do życia, zwaśnieni pogodzili się, zmarznięty podróżnik znalazł się w ciepłym mieszkaniu i zjadł posiłek, dzieci otrzymały słodycze.

Kiedy Prus pisał wspomnianą kronikę, babka już nie żyła, skłócona rodzina nie miała okazji na spotkanie i pogodzenie się ze sobą. Najtragiczniejszy los spotkał jego brata Leona, który po skończeniu wspomnianych studiów w Kijowie, pracował jako nauczyciel gimnazjum w Kielcach. Przed wybuchem powstania z 1864 r. należał do prominentnych działaczy umiarkowanego skrzydła partii "czerwonych". Był zdecydowanym przeciwnikiem wybuchu powstania. Kiedy jednak wybuchło, znalazł się w jego kierownictwie. Klęska powstania spowodowała niesłychane represje władz carskich wobec jego uczestników. Były one szczególnie okrutne na Litwie. Ich egzekutorem był Michaił Murawjow, którego metody działania wobec Polaków oddaje nadany mu przydomek "Wieszatiel". Leon został wysłany przez władze powstańcze na Litwę w celu zbadania zaistniałej tam sytuacji. To, co zobaczył, spowodowało w nim szok psychiczny. Zachorował na chorobą psychiczną i do końca życia z niej nie wyszedł. Przebywał u swojego wuja ks. Seweryna Trembińskiego, proboszcza min. w Józefowie Ordynackim (dzisiaj Biłgorajskim), a po jego śmierci w szpitalu w Lublinie.

Autor "Lalki" przeciwstawia Wigilie z lat dziecinnych tym, które przyszło mu przeżywać w latach dojrzałości. Ubolewał nad tym, że już w tamtych czasach opłatki były przesyłane pocztą, a adresaci otrzymywali je pomięte i, jak się wyraził, pomieszane z tabaką. Pomimo wykształcenia muzycznego i ogólnego, inteligencja nie znała tekstów kolęd. Nie była w stanie zaśpiewać nawet patriotycznej kolędy "Bóg się rodzi", śpiewanej przez powstańców. Śpiewali je wtedy tylko chłopi i ich dzieci. Swoją wypowiedź Prus podsumował: "My zatem, dzisiejsze pokolenie tworzący, straceni jesteśmy dla kolęd. Ci, którzy pod naszym bokiem rosną - podobnież". Te słowa wypowiedziałby niejeden człowiek dorosły zatroskany o przekaz tradycji narodowej i religijnej.

Jednak, pomimo iż od napisania cytowanej kroniki minęło 126 lat, to jednak ta tradycja w narodzie nie zginęła. I chociaż starsze pokolenie ciągle utyskuje na młodzież jako rzekomo niechętnie kultywującą zwyczaje Bożonarodzeniowe, to jednak one są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Należy ufać więc, że i współczesna młodzież podejmie je z wielkim pietyzmem. Niech wobec tego Wigilia Bożego Narodzenia jak i całe Święta upłyną wszystkim w miłej i serdecznej atmosferze. Nie brakuje w dzisiejszych czasach zmartwień zarówno dorosłym i młodzieży, także studenckiej. Jednak mimo tego, nie mogą one wpływać na jakość przeżywanych Świąt. Niech tegoroczna Wigilia zapisze się w naszej pamięci, tak jak to było w przypadku Bolesław Prusa. Podczas niej nie tylko nie zapominajmy o tworzeniu miłej atmosfery, ale także pamiętajmy o śpiewaniu kolęd, tak jak to czynił student Leon, "co przy dniu powszednim był po trosze niedowiarkiem, ale wigilijne obrządki z całą skrupulatnością wypełniał. Powiem nawet za dwu pobożnych".

Ks. Czesław Galek

 

Wydawca - Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Zamościu, ul.Akademicka 4, tel.63-82-630.
Redakcja - Małgorzata Bzówka (redaktor naczelny),
stali współpracownicy - Joanna Giruć, Katarzyna Kimak, Bogdan Kawałko, Mieczysław Kowerski, 
Anna Krupa, Władysław Molas, Zofia Kiełbińska-Ryń.